Przyznaję, że filmy i seriale z
nastolatkami w rolach głównych są mi bardzo bliskie. W końcu jeszcze pięć lat
temu sam miałem –naście lat i musiałem zmagać się z problemami typowymi dla
tego okresu życia. Oczywiście czas wszystko zweryfikował i okazało się, że
problemy z czasów szkoły średniej były niczym w porównaniu do problemów życia
studenckiego, te z kolei nie umywały się do problemów wynikających z dorosłości. Miło wrócić wspomnieniami do czasów szkoły - wszystko wydawało się
jeszcze wtedy takie proste i zdawało się, że zawojuje się cały świat. I właśnie
teraz, kiedy w moim dorosłym życiu dzieje się bardzo wiele, postanowiłem
obejrzeć film typowo młodzieżowy. Cudowne
tu i teraz nie okazał się jednak tak dobry, jak się tego spodziewałem. Film
wzbudził we mnie ambiwalentne uczucia i właściwie sam nie wiem, dlaczego
niezbyt przypadł mi do gustu. Jestem szalenie ciekawy, jak oceniłbym go równo
pięć lat temu…
Pod względem fabuły film nie
różni się właściwie niczym od innych filmów młodzieżowych. Główny bohater,
Sutter (Miles Teller), to popularny uczeń ostatniej klasy szkoły średniej.
Właśnie rozstał się z dziewczyną i aby uczcić swój status singla postanawia
ostro imprezować. Po jednej z suto zakrapianych nocy spotyka niejaką Aimee
(Shailene Woodley), która bardzo różni się od dziewczyn, z którymi dotychczas
miał do czynienia. Zgodnie z powiedzeniem, że „przeciwieństwa się przyciągają”,
Sutter i Aimee zaczynają spędzać ze sobą coraz więcej czasu…
Podobnie jak moi rówieśnicy
wychowałem się na takich filmach młodzieżowych jak Szkoła uwodzenia, Szkoła
uczuć czy Cześć, Tereska. I
właśnie wspomniane tytuły uważam za klasyki w gatunku filmu dla młodzieży.
Kompletnie nie przemawiają do mnie natomiast filmy, których nastoletni
bohaterowie pochodzą z innej planety lub mają jakieś magiczne moce (wyjątek
stanowią Igrzyska śmierci, które
bardzo mi się podobają). Spośród filmów zeszłorocznych moją uwagę zdobyły m.in. Spring breakers,
Królowie lata, Najlepsze najgorsze wakacje. Skąd ten przydługawy wstęp? Otóż
recenzowane dziś przeze mnie Cudowne tu i
teraz okazało się filmem średnim, przeciętnym, nieposiadającym w sobie tego
czegoś, co miały trzy wymienione wyżej tytuły. A co to było? Sam nie wiem, po
prostu to „coś”, dzięki czemu te filmy pozostały w pamięci, a ich oglądanie było
przyjemne.
Schematyczność filmów
młodzieżowych z wiekiem staje się dla mnie coraz bardziej irytująca. Bo czy
zawsze musi być tak, że to męska postać jest tą gorszą, bardziej skomplikowaną,
z problemami? W Cudownym tu i teraz
to Sutter wciąż popija alkohol, ma opinię podrywacza, musi zmagać się z
problemami ze swym ojcem. Aimee natomiast mimowolnie zostaje zrzucona na drugi
plan. Odgórnie wiadomo, że to ona jest tą, która musi poukładać życie Suttera i
sprowadzić go na dobrą drogę. W międzyczasie on oczywiście wciąż nie spuszcza
wzroku z byłej dziewczyny, zachowuje się nieodpowiedzialnie i angażuje się w
związek z Aimee z założeniem, że jeśli mu się znudzi, to ją rzuci i „(…) najwyżej pozostanie w jej pamięci jako
pierwszy chłopak”. Scenarzyści właściwie nie pokazują widzom, jak dochodzi do
rozkwitania uczucia pomiędzy tą dwójką, serwują widzom natomiast odgrzewanego
kotleta w postaci wątku, w którym niespodziewanie głównym bohaterem staje się
ojciec Suttera. I tym oto sposobem film o dwójce stosunkowo ciekawych młodych
ludzi zamienia się w film o nastolatku, który desperacko chce odzyskać kontakt
z ojcem. Nuda.
Sam nie wiem, co mam o tym filmie
myśleć. Wczoraj po seansie wystawiłem mu szósteczkę, ale dziś doszedłem do
wniosku, że 5/10 to odpowiednia ocena. Ze swojej strony raczej nie polecam. A
jeśli już, to podchodźcie do tego filmu bez większego ciśnienia, bo
najzwyczajniej w świecie poczujecie się zawiedzeni.
Rozumiem doskonale. Chyba czasami to coraz bogatsze doświadczenie widza, które wynika z tysięcy obejrzanych filmów, działa trochę na niekorzyść. Często powtarzam, że oczekiwania rosną w miarę oglądania - coraz trudniej jest trafić na film pozbawiony schematyczności i zachwycający niebanalną fabułą, a nie tylko tymi wszystkimi ozdobnikami i nowinkami technologicznymi.
OdpowiedzUsuń"Cudownie tu i teraz" widziałam jakoś z dwa miesiące temu i niestety nie pamiętam z niego wielu detali. A taką "Szkołę uczuć", którą ostatnio widziałam z 5 lat temu (to też moje lata licealne i wtedy ten film przewałkowałam chyba z 4 razy...) bez problemu mogę sobie odtworzyć nawet w tej chwili ;)
Pozdrawiam :)
Widzę, że doskonale rozumiesz, o co mi chodzi. W "Cudownym tu i teraz" nie było nic, co mogłoby być warte zapamiętania. Za miesiąc już pewnie całkiem zapomnę o tym tytule.
UsuńChyba przestanę oglądać zwiastuny - niby wszystkie zachęcają, a wychodzi jak wychodzi. Dzięki za odradzenie.
OdpowiedzUsuń