wtorek, 23 grudnia 2014

Komedia obyczajowa - Mów mi Vincent (St. Vincent), reż. Theodore Melfi, 2014



Czy pamiętacie jeszcze Walta Kowalskiego (obłędna rola Clinta Eastwooda) z popularnego filmu Gran Torino? Pewnie, że pamiętacie, tak charakterystycznych bohaterów się nie zapomina. Bardzo podobnie może być z Vincentem, głównym bohaterem nominowanego do Złotych Globów filmu Mów mi Vincent. Debiutujący w roli reżysera filmów pełnometrażowych Theodore Melfi może być z siebie bardzo dumny – udało mu się stworzyć obraz, który jest utrzymany w bardzo przyjemnym tonie, jest na swój sposób ciepły, porusza i zostawia po sobie miłe wrażenie. Jestem szalenie ciekawy, w jakim stopniu Melfi inspirował się Gran Torino, bo choć Vincent nie jest idealną kalką Walta Kowalskiego, to trudno nie dostrzec podobieństw między nimi. Sam film, choć utrzymany jest w zupełnie innym klimacie i opowiada o innych problemach, ma bardzo podobny wydźwięk do tego z filmu Eastwooda. A może po prostu na siłę się czepiam i próbuję podważyć duży sukces Melfiego? Mniejsza z tym, film na pewno warto obejrzeć, a jeśli chcecie wiedzieć dlaczego, zachęcam do przeczytania całej recenzji.


Vincent (Bill Murray) to zgryźliwy mizantrop, któremu dni upływają na wyścigach konnych, w ulubionym barze i w towarzystwie zaprzyjaźnionej nocnej damy (Naomi Watts). Pewnego dnia do domu obok wprowadza się Maggie (Melissa McCarthy) z synem Oliverem. Powitanie nowych sąsiadów odbywa się bez ciepłych słów i nie zapowiada początku pięknej przyjaźni. Jednak wiecznie spłukany Vin dostrzega szansę na podratowanie swego opłakanego budżetu. Zostaje może nie najtańszą, ale na pewno najbardziej ekscentryczną niańką w mieście (źródło: Filmweb.pl).

To nie jest typowa komedia, w czasie której będziecie „boki zrywać”. Melfi chciał przedstawić widzom historię obyczajową w sposób niedramatyczny i właśnie dlatego zdecydował się na konwencję filmu komediowego. Zdołał uniknąć nabzdyczenia i udało mu się pokazać widzom ludzkie dramaty bez dramatyzmu. Mów mi Vincent przedstawia postaci, które zna każdy z nas: zgryźliwego staruszka, samotną matkę ledwo wiążącą koniec z końcem, młodego chłopca, który ma problemy z zaklimatyzowaniem się w nowej szkole. Dzięki temu oglądając film widz mimowolnie zaprzyjaźnia się z bohaterami i mocno im kibicuje. Co prawda obraz nie jest pozbawiony słynnego amerykańskiego patetyzmu, który przejawia się głównie w przeintelektualizowanych monologach małego Olivera, ale, sami powiedzcie, jak tu nie lubić tego małego mądrali?

Dużą siłą Mów mi Vincent jest świetna obsada, każdy z aktorów gra bardzo przekonująco. Murray bezbłędnie wciela się w rolę odpychającego swym wyglądem i zachowaniem weterana wojennego, który bardzo dobrze ukrywa swe prawdziwe uczucia. Miło zobaczyć też Melissę McCarthy w innej roli niż zwykle. Tutaj wciela się ona w naprawdę normalną i fajną babkę z sąsiedztwa, która dla swego syna jest w stanie zrobić wszystko. Na mnie największe wrażenie zrobił jednak Jaeden Lieberher, który zagrał chyba najlepszą dziecięcą filmową rolę w całym 2014 roku. Z wielką chęcią obejrzę tego dzieciaka w innych rolach, jestem przekonany, że równie dobrze poradziłby sobie w roli dramatycznej. Wisienkę na torcie stanowi Naomi Watts, która tutaj gra … rosyjską prostytutkę. Trzeba przyznać, że świetnie wychodzi jej naśladowanie akcentu i jest naprawdę zabawna.

Ze swojej strony polecam Wam film Melfiego. Finałowe sceny poruszą nawet największego twardziela. Ode mnie 7/10.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz