wtorek, 25 lipca 2017

Tym razem demony wygrały, czyli dlaczego tak bardzo wstrząsnęła mną śmierć wokalisty Linkin Park


Kiedy 20 lipca wieczorem przeczytałem w sieci, że wokalista zespołu Linkin Park popełnił samobójstwo, uznałem to za typowy fake news. Zacząłem scrollować Facebooka dalej i nie dowierzałem, kiedy moim oczom ukazywały się kolejne artykuły prasowe (w tym również te z wiarygodnych źródeł) dotyczące Chestera Benningtona. Szok i niedowierzanie ustąpiły miejsca wielkiej złości. Wciąż zadając sobie w głowie pytanie "Chester, dlaczego?!" zacząłem przekopywać Internet w poszukiwaniu wyjaśnienia. Odpowiedzi na to pytanie nie znalazłem i dziś już wiem, że jej nie otrzymam. Złość zamieniła się w końcu w ogromny smutek, z którym właściwie do dziś nie mogę sobie poradzić. Mimo, iż w czasie ostatnich miesięcy Linkin Park nie gościł na mojej mp3, od piątku nie potrafię słuchać nikogo innego. Nie potrafię i nie chcę. Odkrywam piękno tej muzyki za każdym razem na nowo, a śpiewane/wykrzykiwane przez Chestera zwroty w obliczu tego, co się wydarzyło, nabierają dla mnie zupełnie nowego znaczenia. W tej notce nie chcę podsumowywać twórczości Linkin Park czy skupiać się na postaci Benningtona - ja po prostu pragnę zatrzymać się na chwilę i zastanowić nad motywem śmierci idola w postrzeganiu zwykłego zjadacza chleba. Ostrzegam, że notka wyjątkowo zawiera nieco więcej prywaty i mniej merytoryki.

Nie chce mi się wierzyć, aby ktokolwiek, kto trafił na tego bloga, nie wiedział, kim był Chester Bennington. Jeżeli jednak ktoś taki się znajdzie, to informuję, iż chodzi o wokalistę popularnego zespołu Linkin Park grającego szeroko rozumianą muzykę rockową. Widzicie, Linkin Park to jeden z tych zespołów, którego muzykę ciężko skategoryzować pod względem gatunku muzycznego. Dla jednych ich piosenki będą typowo rockowe, drudzy uznają je za nu metal, a jeszcze inni powiedzą, że przecież ostatnia twórczość zespołu to pop w najczystszym wydaniu. Co ciekawe, każda z tych grup będzie miała rację. I choć znajdzie się cała rzesza osób, które potępiają zespół za taki gatunkowy misz-masz i które będą krzyczeć, że "Linki" skończyli się wraz z drugim albumem, ja pozostaję w opozycji do tego typu stwierdzeń. Nie lubię nudy, schematów i sztywnych ram, przez co szalenie doceniam artystów, którzy nie boją się wyzwań i ryzyka związanego z artystycznymi poszukiwaniami czy zmianami. To między innymi dlatego moją ulubioną polską wokalistką jest Brodka, która nie spoczywa na laurach i nie odcina kuponów od znakomitej Grandy. Jej najnowsza płyta Clashes to zupełnie inne brzmienia, które nijak mają się do materiału z poprzedniej płyty (podobnie było zresztą w przypadku Grandy). Brodka mogła nagrać podobny materiał zapewniając sobie jednocześnie stałą popularność i przychylność już pozyskanych fanów, jednakże ona woli się rozwijać, stawia na siebie, za co jestem jej bardzo wdzięczny. Materiał z Grandy jest mi znacznie bliższy niż ten z Clashes, co wcale nie oznacza, że z powodu zmiany artystycznego kierunku Brodki ja powinienem się od niej odwrócić. Wręcz przeciwnie, dzięki Clashes jestem jeszcze bardziej ciekawy jej kolejnych artystycznych wcieleń. W identyczny sposób rozpatruję twórczość Linkin Park, których ostatnia płyta (One More Light), choć gatunkowo tak bardzo różna od Hybrid Theory czy Meteory, gwarantuje słuchającemu mnóstwo niesamowitych muzycznych doznań. I właśnie dlatego nie mogę się pogodzić z faktem, że nie będzie mi dane poznać kolejnych artystycznych kreacji Chestera Benningtona.



Nie potrafię wyjaśnić, skąd wzięła się u mnie miłość do muzyki Linków. Doskonale pamiętam, że czasy pamiętnego słuchania ich brzmień przypadły na okres gimnazjum. Pisałem już o tym na swoim starym blogu, więc może po prostu zacytuję samego siebie sprzed pięciu lat: "(...) Czy pamiętacie te okresy z czasów gimnazjum i liceum, kiedy każdy miał swój ulubiony zespół muzyczny? Kiedy znało się na pamięć niemal wszystkie teksty piosenek z płyt? Ja tak właśnie miałem z Linkin Park. Co ciekawe, miłością do tego zespołu zaraziła mnie moja ówczesna paczka przyjaciół. Nigdy nie zapomnę wieczorów spędzanych choćby w pokoju u M. na AK. I wywrzeszczanego tekstu "Crawling", który można było recytować z niemal zamkniętymi oczami. Obecnie błahe problemy były wtedy tak szalenie istotne i właśnie przy tej piosence można było tak łatwo zapomnieć o tym wszystkim, co wkurzało. A przecież w buntowniczym okresie dojrzewania każdy miał takie momenty... To nie znaczy oczywiście, że Linkin Park tworzył piosenki dla gimnazjalistów, broń Boże! Po prostu trafiłem do grupy zajaranej twórczością tego zespołu. I sam się zajarałem, z czego jestem szalenie dumny, bo to prawdziwy majstersztyk i klasa sama w sobie! Począwszy od niezwykle mądrych i metaforycznych tekstów, przeszedłszy przez niepowtarzalny klimat i na niesamowitych brzmieniach kończąc". Mimo, iż od czasu napisania powyższych słów minęło już trochę czasu i mój gust muzyczny nieco ewoluował, nie żałuję tego, co napisałem. Linkin Park był, jest i zawsze będzie dla mnie jednym z najważniejszych zespołów, które wpłynęły na moją wrażliwość muzyczną i postrzeganie świata muzyki.


Kiedy w 2012 roku Polskę obiegła informacja, iż zespół ma zagrać na warszawskim Orange Warsaw Festival, wiedziałem, że nie mogę przegapić tej okazji. Nie mieszkałem jeszcze wtedy w Warszawie, na studiach trwał gorący okres związany z nadchodzącą sesją (pamiętne 11 egzaminów!), a w PKP i na ulicach Warszawy panował totalny sajgon z powodu organizacji EURO2012. Żadna z tych rzeczy nie była w stanie odciągnąć mnie od możliwości zobaczenia swojego idola. Cytując znów własne słowa z 2012 roku, "(...) moje największe marzenie  się spełniło. Udało mi się usłyszeć "linków" na żywo. Moich uczuć nie da się opisać przy pomocy słów... Coś naprawdę jedynego w swoim rodzaju! Były momenty, że zamykałem oczy i wracałem wspomnieniami właśnie do czasów fajnej paczki z W-y (bo przecież byliśmy naprawdę fajni, prawda?). Były chwile, kiedy wrzeszczałem razem z Chesterem. No i momenty, w których musiałem naprawdę mocno odetchnąć z wrażenia. Może opis moich uczuć wydaje się Wam śmieszny, ale sądzę, że każdy z Was zareagowałby podobnie na spotkaniu ze swoim idolem. Zwłaszcza, jeśli tak jak ja, naprawdę kochacie muzykę i się nią pasjonujecie. Życzę każdemu z Was możliwości przeżycia czegoś tak fantastycznego. I nigdy nie marnujcie okazji, bo druga może się już nie zdarzyć. Ja już teraz wiem, że na pewno udam się na kolejne koncerty tego zespołu w Polsce. Szkoda tylko, że jeszcze nie wiadomo, kiedy odbędzie się kolejny, a coś czuję, że przyjdzie mi na niego poczekać co najmniej dobre dwa lata... Koniec końców, powrót do Krakowa okazał się bardzo spontaniczny. Siedząc jednak na średnio wygodnych fotelach "auto-stopowego" peugeota i słuchając płyty "linków" można się było spokojnie uśmiechać, kazać PKP się wypchać i myśleć sobie, że na tym świecie naprawdę jest mnóstwo fajnych ludzi". Przyznaję, że do dziś pamiętam emocje, jakie towarzyszyły mi w czasie spotkania "na żywo" z Linkin Park. Kiedy zamykam oczy, widzę biegającego po scenie bez koszulki i krzyczącego Chestera, na widok którego niektórzy płakali z podniecenia wywołanego bliskością swego idola. To był bez wątpienia najlepszy koncert w moim życiu. Niestety, kiedy po 2012 roku Linkin Park znów koncertował w Polsce (ostatni raz w czerwcu 2017), mnie zawsze nie pasował termin. Nieobecność na koncertach tłumaczyłem sobie tym, że przecież "pewnie za rok znowu odwiedzą Polskę", a zatem jeszcze nic straconego. Pisząc te słowa czuję wewnętrzną pustkę. Niewykluczone, że Linki odwiedzą nasz kraj jeszcze kilka razy, ale Chestera już z nimi nie będzie. Nie mogę sobie odżałować, że nie byłem na tym ostatnim koncercie w Polsce...


Dlaczego to właśnie śmierć Chestera Benningtona tak bardzo mną wstrząsnęła? Sądzę, że nie chodzi tu o sam fakt tego, że odszedł młody i utalentowany artysta, którego uwielbiałem, ale bardziej o uświadomienie sobie tego, że to nie ostatnia taka sytuacja. Ludzie umierali, umierają i będą umierać - tak, wiem, że to mało odkrywcze, ale boli mnie to, że coraz częściej słyszę o śmierci tych, których sam kocham i podziwiam. Nadal nie mogę pogodzić się z odejściem Amy Winehouse, Philipa Seymoura Hoffmana czy Robina Williamsa. Kiedy byłem dzieckiem, znane osoby również umierały, ale nie byli to artyści, ze sztuką których dorastałem, żyłem i się utożsamiałem. Tak strasznie ciężko pogodzić się z faktem, że już nigdy nie usłyszymy/nie zobaczymy na ekranie tych, których talent od lat podziwiamy i konsumujemy. Śmierć Chestera skłoniła mnie do dwóch ważnych refleksji. Po pierwsze, zdałem sobie sprawę, że niestety, ale ze względu na to, że sam również się starzeję, to coraz częściej artyści i ludzie ze świata popkultury, o których zgonach będą mnie informowały media będą tymi, których twórczość znam. Po drugie, wciąż nie mogę pogodzić się z tym, że duża część artystów, nie mogąc poradzić sobie z depresją czy innymi słabościami, sama decyduje się na desperacki krok zakończenia swojego życia. Bennington nie miał łatwego życia, co niejednokrotnie podkreślał w licznych wywiadach czy tekstach swych piosenek. Rozwód rodziców, uzależnienia od narkotyków i alkoholu oraz epizod molestowania seksualnego w dzieciństwie przez członka rodziny przyczyniły się do tego, że w jego głowie - jak to sam nazywał - "zrodziły się demony". To właśnie wszystkie te bolesne doświadczenia stały się dla niego inspiracją do tworzenia tak prawdziwych, ale i niejednokrotnie przesiąkniętych bólem tekstów. Ktoś gdzieś kiedyś napisał, że gdyby nie osobiste przeżycia Chestera, nie byłoby jego muzyki... Dla mnie to stwierdzenie nieco na wyrost i jak zawsze w przypadku tego typu sytuacji zastanawiam się, czy naprawdę nie dało się zrobić nic, aby ocalić artystę przed spowodowanym depresją samobójstwem. Bennington zabił się dokładnie w dniu urodzin swego dobrego przyjaciela, Chrisa Cornella, równie utalentowanego muzyka, który także odszedł z tego świata na własne życzenie. To nie jest przypadkowe, Bennington musiał wszystko dokładnie zaplanować. Czy naprawdę nikt spośród najbliższych mu osób nie podejrzewał, że pragnie on targnąć się na własne życie? Nie zrozumcie mnie źle - nie szukam winnych, ja po prostu jestem bardzo wrażliwy na ludzką krzywdę i wciąż staram się zrozumieć, dlaczego... Jednocześnie przeraża mnie świadomość, iż wszystko, dosłownie WSZYSTKO przegrywa w starciu z depresją. Bennington zostawił za sobą nie tylko własny zespół, muzykę i miliony fanów na całym świecie, ale przede wszystkim żonę, dzieci, rodzinę i przyjaciół... Nie jestem nawet w stanie wyobrazić sobie, co muszą oni teraz czuć...


Świata nie zmienimy, a bliscy naszym sercom artyści nie przestaną umierać - jestem tego absolutnie świadomy. Nie potrafię być jednak obojętny na brak empatii czy szacunku i cholernie bolą mnie komentarze niektórych anonimowych internautów, którzy piszą, że "(...) nie ma kogo żałować" i że "(...) dziwne, że zrobił to tak późno" lub że "(...) wódka i dragi już dawno wypaliły mu mózg". Rozumiem, że można kogoś nie lubić, ale kurczę, tu chodzi o czyjeś istnienie, życie, śmierć... Fakt, że kogoś nie lubię nie oznacza, iż mogę się cieszyć z jego śmierci. Na swoim blogu oraz fanpage'u nie będę tolerował tego typu komentarzy, a w życiu realnym od zawsze tępię tego typu poglądy i głośno zwracam uwagę wszystkim tym, którzy uzurpują sobie prawo do osądzania kogokolwiek czy szerzenia mowy nienawiści, zwłaszcza na temat osób zmarłych. I Was, Drodzy Czytelnicy, również o to proszę - nie gódźmy się na tego rodzaju hejt, walczmy z nim. Na sam koniec zabrzmię banalnie, wiem, ale w tych słowach drzemie ogromna moc: Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą... I choć nigdy nie usłyszę już Chestera na żywo, jedno jest pewne - dla mnie jego muzyka nigdy nie umrze i z pewnością będzie mi towarzyszyć w kolejnych etapach mojego życia.

3 komentarze:

  1. Po prostu wielka strata ze odszedł . Chociaż ja przyznaje jestem fanem tylko dwóch pierwszych płyt lubie Linkin Park tylko prze pryzmat pierwszych płyt kolejne dla mnie to gówno

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z całym szacunkiem, ale argument "coś jest gównem" do mnie nie trafia. Rozumiem, że coś się może nie podobać, ale jeśli już chciałeś to wyrazić, to mogłeś napisać, dlaczego ostatnie płyty LP do Ciebie nie trafiły. Pozdrawiam.

      Usuń
  2. Wielka strata. Od młodych lat Link. gościł w moich uszach,.aż tu nagle.. Eh ;/ najgorsze jest to że coraz więcej artystów tego kalibru schodzi z tego świata. A jeszcze gorsze że będzie ich coraz więcej i wtedy smutek na długo zagości ;/ ciężko z tym żyć. 3maj się chociaż już minęły 2 m-ce od Twojego wpisu to zapewne nadal czasami myśli powracają.

    OdpowiedzUsuń