sobota, 25 maja 2013

O jednym dniu i jednej nocy - Pewnego razu w Anatolii (reż. Nuri Bilge Ceylan, 2011)



W ramach projektu „Watch&review challenge” przyszło mi się tym razem zmierzyć z okrzykniętym arcydziełem filmem tureckiego reżysera Ceylana. Wcześniej widziałem tylko jedno dzieło tego pana – były to Trzy małpy opowiadające o tym, jak ciężko zmierzyć się z bolesną prawdą. Obraz co prawda nie szczególnie mnie zachwycił, ale był całkiem przyzwoicie zrealizowany. O Pewnego razu w Anatolii usłyszałem pierwszy raz w 2011 roku, kiedy to film ten został wyróżniony Grand Prix na festiwalu w Cannes. Niemal pod niebiosa wychwalono aktorstwo, klimat i przede wszystkim sposób przedstawienia/zobrazowania tureckiej codzienności. Nie rozumiem. Najzwyczajniej w świecie tego nie pojmuję, ponieważ nie mogę się zgodzić z żadnym z powyższych stwierdzeń. O ile analizowane wcześniej w ramach wyżej wymienionego projektu Holy motors było ciekawe, niejednoznaczne i intrygujące, o tyle Pewnego razu w Anatolii okazało się dla mnie przeraźliwie nudnym i pseudo-inteligentnym filmem bez wyrazu. Taki wiersz biały, raz przeczytany i kompletnie nie warty zapamiętania. I pomyśleć, że sam głosowałem za zmierzeniem się z właśnie tym obrazem. Cóż, katusze na własne życzenie.

Film przedstawia jeden dzień i jedną noc wyrwane z życia tureckich policjantów, lekarza i prokuratora. Wszyscy ci panowie, wraz z dwójką podejrzanych, poszukują zwłok zamordowanego mężczyzny. Ponieważ oprawca był zbyt pijany, aby pamiętać, gdzie je zakopał, nie okazuje się to zbyt proste. Z krótkich rozmów pomiędzy członkami tej wyprawy możemy dowiedzieć się, jak wygląda życie we współczesnej Turcji i jakie są bolączki tamtejszego społeczeństwa.

Pierwsza scena, w której panowie beztrosko rozmawiają o serach, jogurtach i prostacie jednego z podróżników, przywodzi mi na myśl najnowszy film Koterskiego pt. Baby są jakieś inne. Szybko okazuje się jednak, że to bardzo mylne i zupełnie nietrafione porównanie. Kiedy po 40 minutach filmu panowie wciąż rozmawiają o swej codzienności (nie opuszczając samochodu!), zastanawiam się, czy to może jakiś nowatorski podgatunek kina drogi. I ten trop okazuje się jednak nieprawidłowy, bo nie ma tu żadnego katharsis. Zupełnie nie rozumiem też, jak ten film można określać mianem kryminału. Przecież tutaj od samego początku wiadomo, kto popełnił zbrodnię. W dodatku winowajca jest złapany, a policjantów nie zbyt interesują okoliczności samego wydarzenia, tudzież najzwyczajniej w świecie nie mają ochoty podzielić się owymi informacjami z widzami. Dramat? Gdzie, przepraszam bardzo… Przecież tu nawet nie ma nakreślonego żadnego sensownego wątku… No i wreszcie – uwaga, uwaga – dochodzę do sedna. Kino społeczne! Zdecydowanie tak, to ten gatunek. Tyle tylko, że to jakaś jego nietypowa forma. Bo choć potrafiłem się zachwycić irańskimi Rozstaniem i Co wiesz o Elly, film Ceylana zupełnie do mnie nie trafił.

Bohaterowie filmu palą papierosy, jedzą ciasteczka, rozmawiają o przyziemnych sprawach, a w tak zwanym międzyczasie załatwiają swoje prywatne sprawy, a nawet zdarza się, iż nawzajem się obgadują i plotkują na swój temat. Od razu widać, że najwyższą pozycję ma tutaj prokurator, któremu wszyscy są absolutnie podlegli. Wspomniany prokurator zdaje się być w ogóle najciekawszą postacią w całym filmie. Na tle swych ziewających i znudzonych towarzyszy tylko on może być dla widza interesujący. Jego historia o kobiecie, która sama zaplanowała swoją śmierć, okazała się być dla mnie jedynym wartym uwagi elementem. Pozostali bohaterowie najzwyczajniej w świecie odpychają. Nawet prowadzone przez nich rozmowy są nudne i usypiające, każdy mógłby wcielić się w takie role. Jak można zatem oceniać tu aktorstwo, skoro go nie ma? Skupmy się zatem na obrazie tureckiego społeczeństwa. Ceylan w bardzo prosty i delikatny sposób przedstawia świat, w którym oficjalne przepisy i konwenanse mają się nijak do prawdy i do tego, co jest tu i teraz. Takie drobne elementy jak brak prądu, brak foliowego worka na zwłoki, nieprzystosowany do sekcji szpital czy lewe załatwianie recept ukazują nieco brutalną turecką codzienność. Czy jednak te obrazy są typowe właśnie dla Turcji? Absolutnie nie, stąd nie podzielam zachwytów i nie widzę w ukazywaniu takich spraw czegoś nadzwyczajnego. 

Zastanawiam się, co jest siłą tego filmu. Na pewno warto zwrócić uwagę na piękne zdjęcia. Obrazy pogrążonych we mgle łąk, bezkresnych pól, zasłoniętego chmurami księżyca mogą zachwycić widzów lubujących się w subtelności. I choć ja bardzo cenię tego typu minimalizm, w przypadku Pewnego razu w Anatolii, w połączeniu z niespiesznym tempem i brakiem jakiejkolwiek akcji okazał się on dla mnie nie do zniesienia. Domyślam się, że widzów zauroczyło przedstawienie normalności, codzienności, wycinka z życia. Dla mnie to jednak kolejny przeintelektualizowany film o niczym. Wytrzymałem do końca seansu, bo byłem ciekawy, jak to wszystko się skończy. Cóż, Ceylan mnie nie zaskoczył. Zakończenie bowiem niemal niczym nie różniło się od początku filmu. Równie dobrze mógłbym otworzyć okno i przez dwie i pół godziny obserwować spacerujących po ulicach ludzi. Kto wie, pewnie byłoby to nawet ciekawsze…

Nie polecam Wam Pewnego razu w Anatolii. Jak powiedział jeden z bohaterów filmu, „(…) gdybym był młody, spakowałbym się i uciekł daleko stąd”. Ja oglądając ten film też miałem ochotę uciec. Być może jestem ignorantem, ale to kompletnie nie moja bajka. Jedynym plusem jest to, że po seansie spało mi się wyjątkowo smacznie.

7 komentarzy:

  1. Przez jakiś czas nosiłem się z obejrzeniem tego filmu, a potem to nawet o nim zapomniałem. Teraz miałem nadzieję, że znajdę czas, żeby właśnie w ramach Watch&review challenge go wreszcie zaliczyć. Ale po Twojej recenzji nie wiem, czy chciałbym ten czas znaleźć :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dobrze że tym podobne "recenzje" nie mają dla mnie żadnej wartości. Inaczej przeoczyłbym jeden z najlepszych filmów, jakie ostatnio wyprodukowano.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najlepszy? Naprawdę? Możesz uargumentować?

      Usuń
  3. Człowieku, kto Ci pozwolił recenzje pisać...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widzisz, na tym właśnie polega piękno kina - jednych dany film zachwyca, a drugich jednak nie. Rozumiem, że Ciebie zachwyca - może zamiast hejtu mojej recenzji uargumentujesz swoje stanowisko i rzeczowo podyskutujemy?

      Usuń