poniedziałek, 17 lipca 2017

Nie tacy przyjaciele, czyli recenzja 1. sezonu "Friends from College"




Wszystko zaczęło się od doskonale znanych wszystkim "Przyjaciół", czyli serialu komediowego o grupie osób w tym samym wieku, których historia przyjaźni podbiła serca ludzi na całym świecie. Kiedy historia "Friends" dobiegła końca, w ich miejscu pojawiły się kolejne seriale o podobnej tematyce, z których większość powtórzyła ten sukces. "Jak poznałem waszą matkę", "Teoria Wielkiego Podrywu", "Jess i chłopaki" czy "Cougar Town: Miasto kocic" stały się ulubionymi serialami milionów widzów - serialami idealnymi do oglądania tuż przed snem, dla relaksu, z lampką wina w ręku. Bazując na sukcesie kasowym tych produkcji platforma Netflix postanowiła powołać do życia swoją własną grupę przyjaciół. Tym oto sposobem powstał recenzowany dziś serial, czyli "Friends from College" (spolszczony tytuł to "Przyjaciele z Uniwerku"). Czy ten ośmioodcinkowy serial wniósł coś nowego do gatunku "buddy tv series" i dlaczego po jego obejrzeniu bardzo głośno westchnąłem? O tym możecie przeczytać poniżej (w tekście niewielkie spoilery).

Większość seriali komediowych opowiadających o grupach przyjaciół skupia się na losach osób dopiero wchodzących w dorosłe życie. Netflix postanowił pójść o krok dalej, tzn. bohaterowie "Friends from College" lata młodości mają już za sobą i niebezpiecznie zbliżają się do magicznej 40-tki. Pod względem fabularnym niestety wieje schematem: mamy tu grupowego błazna Ethana (w tej roli Keegan-Michael Key, który momentami niezwykle irytuje) uwikłanego w skomplikowany trójkąt miłosny pomiędzy własną żoną Lisą (znana z roli Robin w "Jak poznałem waszą matkę" Cobie Smulders) a miłością z czasów studenckich, femme fatale Sam (Annie Parisse). Oczywiście w grupie przyjaciół jest też typowa outsiderka Marianne, homoseksualista Max oraz Nick, na którego twórcy serialu niestety nie mieli chyba do końca pomysłu. Widzicie, już w tym miejscu warto zaznaczyć pierwszą poważną wadę serialu - głównych bohaterów w domyśle powinno być sześciu, a tymczasem serial rozwija przede wszystkim historię wspomnianego trójkąta miłosnego, traktując po macoszemu inne postaci, które mimowolnie trafiają na tzw. drugi plan. Nie podoba mi się również wspomniana schematyczność - jeżeli w każdej grupce przyjaciół musi koniecznie znajdować się osoba o orientacji homoseksualnej, to może czas najwyższy, aby w końcu była to kobieta? 

W tej klasycznej grupce przyjaciół nie mogło zabraknąć miejsca dla błazna czy homoseksualisty.

"Friends from College" nie jest typowym serialem komediowym, tzn. w czasie oglądania niektórych odcinków prawdopodobnie w ogóle nie będziecie się śmiać, a w tle nie będzie co jakiś czas przewijał się śmiech z puszki charakterystyczny dla sitcomów. W serialu stosunkowo dużo scen prawdziwie dramatycznych, choć nie jest to ten sam poziom co np. w przypadku "Transparent", "Dziewczyn" czy "Better Things" (serial jest podobny klimatem do "Love" Judda Apatowa). Serial utrzymuje klimat letniej komedii spod znaku "buddy movie", choć w niektórych scenach lekkość ustępuje miejsca ciężarowi dramatu. Jak już wspomniałem, bohaterowie mają po 40 lat, co może świadczyć o tym, iż zdążyli już poukładać najważniejsze sprawy w swoim życiu. Nic bardziej mylnego. Pomimo, że są w poważnych związkach (niektórzy są już nawet po ślubie i mają dzieci), przyjacielska relacja nawiązana za czasów tytułowego college'u sprawia, że wciąż żyją oni tamtymi czasami, a co za tym idzie, w ich życiu wciąż są żywe wydarzenia, które miały wówczas miejsce. Pod względem zawodowym niektórzy też nie rozwinęli jeszcze całkiem skrzydeł. Bardzo podoba mi się, że twórcy nie spłycili pod tym kątem charakterologii postaci i pokazali, że ludzie niezależnie od wieku wciąż mają takie same potrzeby, chcą czuć się kochani i potrzebni. W przypadku bohaterów "Friends from College" dochodzi jeszcze jedna refleksja - oni naprawdę nie chcą myśleć, że to co najlepsze, mają już za sobą. Może właśnie z tego powodu pakują się w kolejne kłopoty wikłając tym samym nie tylko swe własne losy, ale również losy tych osób, których określają mianem swych przyjaciół.

 
 Nigdy nie można powiedzieć, że to, co najlepsze, ma się już za sobą i bohaterowie nowego serialu Netflixa doskonale zdają sobie z tego sprawę.

No właśnie, tylko czy aby na pewno serial przedstawia losy prawdziwych przyjaciół? Mam z tym duży problem, ponieważ każda z postaci ma swoje za paznokciami i trudno szukać w tej relacji szczerości, wierności czy bezgranicznego zaufania. Już pierwsze wspólne "spotkanie po latach" i obawy z nim związane pokazują sposób myślenia tej grupy ludzi. Każde z nich jest na innym etapie swojego życia, posiada różny status społeczny i stan konta. Chęć zaimponowania innym przyczynia się do kolejnych kłamstw, które są zaprzeczeniem zdrowych przyjacielskich relacji. Pozostaje pytanie, czy właśnie w ten sposób traktują przyjaźń osoby, które już zdążyły ułożyć sobie część życia? Co z poczuciem, że przyjaciel to osoba, której możesz powiedzieć wszystko i na którą zawsze możesz liczyć? To serial w domyśle komediowy, więc być może niektóre z moich wniosków zdają się być nie na miejscu, jednakże warto zwrócić uwagę na fakt, że kłamstwa powielane przez bohaterów znacznie różnią się od tych zabawnych kłamstewek pełniących rolę komizmu sytuacji w "Friends" czy "Teorii Wielkiego Podrywu". Idealnym komentarzem do mych słów jest scena w klinice leczenia bezpłodności, w której partner Maxa i jednocześnie lekarz Lisy nie jest w stanie zaoferować jej zniżki za zabieg in vitro. Fakt, że chodzi tu o przyjaciółkę jego partnera (która w dodatku jest na etapie szukania pracy, przez co nie można jej nazwać stabilną finansowo) nie robi na nim absolutnie żadnego wrażenia. Podobnie niefajnie wybrzmiewają złośliwe komentarze Lisy i Ethana na temat pracy Marianne, która przecież pozwoliła im się u siebie zatrzymać. Tak, to wszystko jest podszyte komedią, ale to zupełnie inny poziom żartów niż ten, który znam z serialów tego gatunku. Przyjaciele nie zachowują się w ten sposób.

 
Z każdym kolejnym odcinkiem miałem wrażenie, że tytuł serialu powinien jednak brzmieć "Znajomi z Uniwerku". Być może twórcy mają inną definicję przyjaźni niż ja.

W centrum całego zamieszania jest Ethan Turner, któremu nie wystarcza jego piękna i mądra żona-prawniczka i który jest uwikłany w romans ze swą miłością z czasów studenckich. Postać Ethana to jedna z najbardziej irytujących postaci w serialach komediowych omawianego gatunku. Bohater równocześnie kontynuuje relacje z obiema paniami - jako przykładny mąż chodzi z Lisą do kliniki leczenia bezpłodności i wspiera ją w próbach zajścia w ciążę, ale po godzinach uprawia seks z Sam i w żaden sposób nie potrafi zakończyć tej relacji. Pikanterii niech doda fakt, że Sam ma już męża, dzieci, wspaniałą karierę i willę z basenem, a zatem wydawać by się mogło, że do szczęścia nie powinno jej już niczego brakować. W pierwszych odcinkach to ona przyjmuje rolę "tej złej drugiej", która nie tylko zdradza męża, ale też oszukuje swą przyjaciółkę. Kolejne odcinki nieco odwracają całą sytuację, choć finał okazuje się znowu schematyczny... Generalnie oglądając kolejne sceny widać, że twórcy bardzo starali się, aby stworzyć jakąś nową jakość, jednakże z niektórych klisz i schematów najwyraźniej nie mogli zrezygnować.

 
Oglądając serial, sam do końca nie wiedziałem, czy moja antypatia do postaci Ethana wynikała z faktu nielubienia postaci czy też samego aktora.

W całym serialu to właśnie postaci Lisy i Sam zdają się być tymi najbardziej interesującymi. Ta pierwsza potrafi tupnąć nogą i wybuchnąć bez powodu, kiedy trzeba umie też się porządnie zabawić. W swych przekonaniach jest jednak bardzo konserwatywna, tzn. w przeciwieństwie do Sam nie pochwala związków, które zrodziły się kosztem cierpienia innych osób. Lisa jest osobą bardzo emocjonalną i spontaniczną - to typ kobiety, która najpierw działa, a dopiero potem myśli. Sam z kolei jest dużo bardziej wyrachowana i skalkulowana, ale dużo brakuje do określenia jej mianem "zimnej suki". Swemu psychologowi wyznaje, że nie żałuje niczego w swoim życiu i uwielbia je, ale coraz częściej zastanawia się, czy nie mogło się ono potoczyć inaczej. Na początku fabuły romans Sam i Ethana trwa na odległość, przez co nie ma ona wyrzutów sumienia wobec Lisy. Kiedy jednak ci dwoje wprowadzają się do tego samego miasta, wydaje się, że wszystko będzie musiało ulec zmianie. Jak pokazują kolejne odcinki, romans Sam i Ethana okazuje się być dla nich na tyle ważny, że postanawiają go kontynuować wbrew wszystkiemu i wszystkim. Moim zdaniem najlepiej w serialu wypadają właśnie wspólne sceny Lisy i Sam (świetna scena w toalecie podczas wesela!), w czasie których widzowie mają szansę skonfrontować je obie i wybrać tą, z którą bardziej się identyfikują. Trudny wybór, prawda? Po finale wiadomo, że jeżeli powstanie 2. sezon serialu (a powstanie na pewno!), to takich scen konfrontacji będziemy mieć zdecydowanie więcej...

 
Lisa i Samantha to dwie szalenie różne kobiety i jednocześnie dwie najważniejsze postaci w tym serialu. 

"Friends from College" bardziej niż na przyjaźni skupia się na tym, jak ludzie wikłają się w niezdrowe związki. Mnóstwo tu powierzchownych relacji - czasem wystarczy tylko impuls, aby odejść od drugiej osoby lub ją zdradzić. Czasy się zmieniły i ludzie coraz częściej dają sobie tzw. "drugie szansy", czyli decydują się na zupełnie nowe związki, ale wielka szkoda, że w serialu nie ma właściwie jednej pary, która byłaby ze sobą całkowicie szczęśliwa. Abstrahując od faktu, że Ethan i Lisa zdradzają swych małżonków, drugie połówki głównych bohaterów okazują się być niezwykle niesympatyczne. Felix, partner Maxa, zupełnie nie rozumie poczucia humoru grupki przyjaciół, ale też nie robi zupełnie niczego, aby spróbować tę grupę zrozumieć lub do niej dołączyć. Jeszcze gorzej wypada mąż Sam, który bardzo otwarcie, złośliwie i bez poczucia zażenowania komentuje na forum różne sytuacje. Partnerce Nicka twórcy nie poświęcili zbyt wiele czasu, podobnie zresztą jak samemu Nickowi, który istnieje w tym serialu tylko po to, aby pełnić rolę byłego faceta Lisy. Czy naprawdę wśród współczesnych czterdziestolatków nie ma w USA nawet jednej normalnej pary? Pod tym względem "Friends from College" wypada mało realnie - bynajmniej ja spodziewałem się od Netflixa nieco więcej.

 
Czy tylko ja uważam, że Cobie Smulders zdołała stworzyć najbardziej interesującą i wiarygodną postać w tym serialu?

Nie zrozumcie mnie źle - to nie jest zły serial. W recenzji skupiłem się przede wszystkim na wadach, ponieważ - nie wiedzieć czemu - dużo łatwiej w przypadku tego serialu wyłuskać właśnie je. Cała historia bez wątpienia wciąga, kilka wątków jest świetnie poprowadzonych (np. historia królika Marianne czy niezwykle zabawny ciąg scen związanych z zabiegiem in vitro Lisy) i ogląda się to lekko, przez co te osiem odcinków można wchłonąć na raz, w jeden wieczór. Czy "Friends from College" wnoszą coś nowego do gatunku seriali kumpelskich? Myślę, że tak, choć nie da się ukryć, że powielenie schematów nie pomoże tej produkcji w zdobyciu nowych widzów. Nie zdradzę też dokładnie, dlaczego podczas finału głośno westchnąłem - mogę jedynie powiedzieć, że w niczym mnie on nie zaskoczył i właściwie od początku finałowego odcinka przewidywałem, że twórcy poprowadzą cała historię właśnie w ten sposób. Obejrzyjcie sami, a będziecie wiedzieć, o czym mówię. Mimo wszystko polecam Wam najnowszy serial Netflixa - na lato, jak znalazł :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz