poniedziałek, 17 listopada 2014

Sci-fi 2014 - Transcendencja (Transcendence), Godzilla, Niezgodna (Divergent)



Wybaczcie, że ostatnio piszę mniej niż zwykle, ale jesień 2014 okazała się być niezwykle absorbująca i przez ostatnie dni mam naprawdę duże problemy ze znalezieniem chwili na obejrzenie jakiegokolwiek filmu, o recenzowaniu już nawet nie wspominając. Dziś chciałbym więc zaprezentować Wam jedną z notek napisanych już wcześniej, przy okazji nadrabiania moich filmowych zaległości. Notki o kinie sci-fi cieszą się na moim blogu wyjątkowo dużą popularnością, co, nie ukrywam, nie jest dla mnie do końca zrozumiałe. W końcu nie raz podkreślałem, że gatunek science-fiction nie należy do mojego ulubionego i chociaż ostatnio coraz więcej filmów o tej tematyce mi się podoba, wciąż nie uważam się za znawcę i przy każdej recenzji filmu sci-fi mam dużo dylematów. W związku z tym bardzo dziękuję za okazane zaufanie i obiecuję, że wciąż będę recenzował najgłośniejsze tytuły z tego gatunku. Żeby nie być gołosłownym, na dziś notka o Transcendencji, Godzilli i Niezgodnej.


Transcendencja (Transcendence), reż. Wally Pfister, 2014
Grupa amerykańskich naukowców pracuje nad stworzeniem pierwszego na świecie komputera obdarzonego ludzką inteligencją i empatią. Gdy jeden z nich - Will (Johnny Depp) - ginie z rąk terrorystycznej organizacji widzącej w eksperymencie zagrożenie dla ludzkości, jego żona  Evelyn (Rebecca Hall) podejmuje decyzję o przeniesieniu umysłu mężczyzny do pamięci powstającej maszyny. Will ożywa, ale skutki operacji okazują się dalekie od pożądanych (źródło: Filmweb.pl).





Jak zapewne wiecie, wszystkie ostatnie filmy z Johnnym Deppem okazały się klapą. Krytycy dosłownie je zmiażdżyli (nic dziwnego), a twórcy zarobili dużo mniej niż się spodziewali. Transcendencja też nie okazała się hitem i zebrała bardzo średnie recenzje, chociaż muszę przyznać, że ja całkiem nieźle się przy niej bawiłem. Pfister prezentuje bardzo przerażającą wizję przyszłości i bez wątpienia zmusza widzów do zadania sobie kilku ważnych pytań. Cyfryzacja i digitalizacja postępują w dzisiejszych  czasach tak szybko, że na dobrą sprawę może się wydawać, iż nie ma już granic do pokonania. A co, jeśli wizja Pfistera okaże się za kilka lat bardziej realna niż może nam się to wydawać? Moją szczególną uwagę zwrócił sposób ukazania aseptycznego świata, z przeszklonymi budynkami, tysiącami komputerów i dominującą nieskazitelną bielą. Akcja jest wartka, dosyć dużo się dzieje, a Depp i Hall naprawdę dają radę. I właśnie dlatego oceniam film pozytywnie, mocne 6,5/10, polecam obejrzeć. 



Godzilla, reż. Gareth Edwards, 2014
Porucznik Ford Brody (Aaron Taylor-Johnson) powraca do domu z zagranicznej misji. Spędzanie czasu z bliskimi przerywa mu telefon z japońskiego konsulatu. Okazuje się, że jego ojciec Joe (Bryan Cranston) został zatrzymany podczas próby wejścia na objęty obecnie kwarantanną teren elektrowni atomowej. Ford leci do Japonii. Na miejscu dowiaduje się, że ojciec prowadzi obsesyjne śledztwo w sprawie wypadku, w którym piętnaście lat wcześniej zginęła jego żona. Joe jest przekonany, że fatalna awaria reaktora nie była skutkiem anomalii sejsmicznych, jak utrzymują władze. Ford wkrótce przekonuje się, że z pozoru szalone teorie jego ojca są prawdziwe. Okazuje się bowiem, że na terenie dawnego kompleksu zespół naukowców pod wodzą doktora Serizawy (Ken Watanabe) prowadzi badania nad tajemniczym potworem. Ten niebawem uwalnia się spod kontroli, siejąc zniszczenie i śmierć. Na spotkanie z nim wyrusza gigantyczny pierwotny drapieżnik, którego ludzie nazywają Godzillą (źródło: Filmweb.pl).

Godzilla to film science fiction dla prawdziwych fanów gatunku. Nie dziwią mnie zatem wszystkie te ochy i achy oraz wzdychania do tytułowego potworka. Wielu obawiało się, że Edwards nie sprosta zadaniu i zniszczy legendę Godzilli znanej z klasycznej wersji. Stało się wręcz przeciwnie – dzięki znakomitym efektom specjalnym udało się uzyskać efekty, o jakich twórcy filmu w 1998 roku mogli sobie jedynie pomarzyć. Potwór i jego niszczycielska siła robią naprawdę ogromne wrażenie. Nie miałem co prawda okazji obejrzeć filmu w IMAXie, ale jestem przekonany, że dopiero po seansie w tego typu kinie można w pełni docenić pracę twórców filmu. Pod względem fabularnym film jest bardzo dobry, Edwards utrzymuje tempo wydarzeń i z wielkim wyczuciem stopniuje napięcie. Bardzo miło oglądało mi się na ekranie Taylora-Johnsona oraz Cranstona – to dwójka bardzo utalentowanych aktorów i cieszę się, że w głównej roli zdecydowano się obsadzić właśnie Aarona. Co tu więcej pisać, podobało mi się. I chociaż nie wzdycham do tytułowej bestii, polecam zapoznać się z jej historią bliżej, 6/10.


Niezgodna (Divergent), reż. Neil Burger, 2014
W metropolii wzniesionej na ruinach Chicago idealne społeczeństwo budowane jest na zasadzie selekcji. Każdy nastolatek musi przejść test predyspozycji określający jego przynależność do jednej z pięciu grup. Jeśli nie posiadasz żadnej z pięciu kluczowych cech, będziesz żyć na marginesie. Jeśli zaś masz więcej niż jedną z nich, jesteś NIEZGODNYM i czeka cię całkowita eliminacja. Chyba że – tak jak Beatrice (Shailene Woodley) – uda ci się uciec i znaleźć drogę do podziemnego świata ludzi, którzy zdecydowali się rzucić wyzwanie bezdusznemu systemowi. Beatrice musi znaleźć w sobie dość odwagi, by zaryzykować wszystko w walce o to, co kocha najbardziej (źródło: Filmweb.pl).


Niezgodna podobała mi się najbardziej spośród trzech recenzowanych dziś filmów, kto wie, być może właśnie dlatego, że jest to film utrzymany bardziej w gatunku kina przygodowego i akcji niż sci-fi. Nie czytałem książki, ale od bliskiej koleżanki wiem, że film bardzo wiernie oddaje jej charakter, więc już za to należy się duży plus. Niezgodna bez wątpienia może konkurować z popularną serią Igrzyska śmierci, pomiędzy filmami można dopatrzeć się wielu elementów wspólnych, oba są zresztą świetnie zrealizowane. Główna bohaterka, Beatrice, nie godzi się na narzucone zasady życia i jako tytułowa Niezgodna (nie pasująca jednoznacznie do żadnej z pięciu dzielnic, na które został podzielony świat) próbuje walczyć z panującym ustrojem politycznym. Będzie przy tym musiała pokonać szereg przeszkód i przede wszystkim w pełni odkryć samą siebie. Film ukazuje nam świat, w którym panuje pełna inwigilacja, a ludzie zachowują się jak zaprogramowane maszyny. Może będzie to z mojej strony nadinterpretacja, ale postać Beatrice i innych Niezgodnych można traktować jako metaforę "inności". Ja w czasie seansu widziałem wiele odniesień do pojęcia tolerancji i poszanowania odmienności innych, a w mojej głowie kilka razy pojawiło się pytanie, kim jesteśmy, aby móc oceniać i jednoznacznie wykluczać innych? Film niesamowicie wciąga, sam nie wiem, kiedy upłynęły mi te dwie godzinki, gdyż na ekranie naprawdę bardzo dużo się dzieje. Podobało mi się też nienachalne wprowadzenie wątku miłosnego, obyło się bez słodyczy i rzygania tęczą. W głównych rolach można oglądać m.in. dwie niekwestionowane gwiazdy minionego sezonu: Shailene Woodley oraz Milesa Tellera, o których jeszcze nie raz usłyszymy. Warto też zwrócić uwagę na drugoplanową rolę Kate Winslet, która tutaj występuje jako czarny charakter. Z niecierpliwością czekam na kolejne części filmu. 8/10, bardzo polecam.

4 komentarze:

  1. Co do "Godzilli" akurat zgodzić się nie mogę. Jako fan japońskich oryginałów, zarówno film z 98' jak i ten z 14' traktuję jako gwałt na prawdziwym Godzilli. Amerykanie znów chcieli się nachapać kasy żerując na legendzie kina i dali radę, tylko że niesmak pozostaje. Lepiej gdyby stworzyli coś własnego.
    Zresztą tak czy inaczej film Edwardsa jest przegadany, pełen hollywoodzkich sztamp, a i potwory mało co widać. Ja po seansie byłem załamany.

    OdpowiedzUsuń
  2. Transcendencja właściwie mnie rozczarowała. niby wszystko ok, ciekawy pomysł itd., ale coś tam jednak poszło nie do końca dobrze

    OdpowiedzUsuń
  3. widziałem wszystkie trzy filmy i również najbardziej podobała mi się Niezgodna :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Niezgodna niby fajna, ale jak dla mnie to już za dużo filmów w stylu Igrzysk Śmierci robią. A wybór przynależności do grupy i tak z Harrym Potterem się zawsze kojarzy.

    OdpowiedzUsuń