Motyw rasizmu w kinie to temat
rzeka. Co roku powstają filmy o tej tematyce, jednak trzeba przyznać, że
największe oddziaływanie mają właśnie te wyprodukowane w Ameryce, jak np. Django czy Służące. Wśród największych oscarowych faworytów tego roku znajduje
się film Steve’a McQueena pt. Zniewolony.
12 years a slave. Film ten skupia się bardziej na samym niewolnictwie niż
na rasizmie, ale jego głównym bohaterem jest czarnoskóry mężczyzna (Chiwetel
Ejiofor). Zniewolonego będziemy mogli
obejrzeć w polskich kinach dopiero pod koniec stycznia, ale czuję, że będzie to
naprawdę znakomity film. Jestem zaskoczony, że wśród nominacji do Złotych
Globów zupełnie pominięto film, który chcę dla Was dzisiaj zrecenzować. Jest
nim najnowsze dzieło Lee Danielsa – Kamerdyner.
Na dobrą sprawę film ten posiada wszystkie cechy, które powinien posiadać film
godny Oscara: traktuje o ważnych sprawach, ukazuje bardzo istotny element
naszych dziejów, wskazuje na różnice i zmiany obyczajowe, jakie dokonały się w
przeciągu kilku ostatnich lat. I co najważniejsze, bardzo porusza.
W 1926 roku młody Cecil opuszcza skonfliktowane na tle rasowym południe USA, szukając szansy na lepsze życie. Wkrótce otrzyma niezwykły dar od losu. Zostanie kamerdynerem w Białym Domu, stając się naocznym świadkiem wydarzeń, które na zawsze zmienią oblicze współczesnego świata. Gdy kolejni prezydenci USA zmagają się ze skutkami zabójstwa Johna F. Kennedy'ego, Martina Luthera Kinga i kontrowersjami narosłymi wokół wojny w Wietnamie i afery Watergate, Cecil (Forest Whitaker) – wpierany przez kochającą żonę Glorię (Oprah Winfrey) – musi podjąć trudną walkę o dobro i szczęście rodziny, któremu na drodze stanie jego własne, bezgraniczne oddanie pracy (źródło: Filmweb.pl).
Twórca
głośnych Hej, skarbie oraz Pokusy po raz kolejny udowadnia, że ma w
kinie wiele do powiedzenia. I o ile w przypadku dwóch wymienionych wyżej
tytułów Daniels stawiał bardziej na kontrowersję, o tyle w Kamerdynerze ukazuje kawał ciekawej historii, która zdarzyła się
naprawdę. Tutaj nikt nie zachodzi w ciążę z członkiem rodziny (Hej, skarbie), a hollywoodzkie gwiazdy
nie muszą grać dziwnych scen (jak np. Nicole Kidman sikająca na Zaca Efrona w Pokusie), żeby przyciągnąć widzów do
kina. Jak widać, recepta na dobry film jest stosunkowo prosta – wystarczy postawić
na prostotę i prawdę. Hm, tylko gdzie ten sukces? Przecież Hej, skarbie wygrało 2 Oscary, Nicole Kidman dostała nominację do
Złotego Globu za Pokusę, a tymczasem
o tegorocznym Kamerdynerze coś cichutko w kontekście nagród filmowych…
Osobiście tego nie pojmuję, gdyż uważam, że z tych trzech filmów to właśnie ten
ostatni zasługuje na same pochwały. Ok, koniec mojego biadolenia, przejdźmy do
rzeczy…
Daniels
mierzy się w Kamerdynerze z kilkoma
problemami społecznymi. Na pierwszym planie dominuje oczywiście kwestia rasizmu
i zmian obyczajowych, jakie dokonują się/mają się dokonać w ciągu kilku
kolejnych lat w Ameryce. Ciężko doświadczony przez życie Cecil, tylko dzięki
swej ogromnej skromności i pracowitości dostaje pracę kamerdynera w Białym
Domu. Właśnie dzięki temu staje się naocznym świadkiem wielu historycznych
wydarzeń, niezwykle istotnych dla takich jak on, czarnoskórych. W filmie jest
kilka brutalnych scen, w czasie których autentycznie wstydziłem się za
przedstawicieli rasy białej. Jednocześnie uświadomiłem sobie, jak niewiele
czasu upłynęło od przedstawianych w filmie wydarzeń i wciąż nie mogę pojąć,
skąd w ludziach bierze się tyle podłości. To niewyobrażalne, w jakich warunkach
żyli dawniej Afroamerykanie i na myśl nasuwa się pytanie, co jeszcze zmieni się
w ciągu kilkunastu kolejnych lat. Osobiście stawiam na przełom/rewolucję
seksualną, która na dobrą sprawę już zaczęła się rozwijać (np. kwestia adopcji
dzieci przez pary homoseksualne). Daniels ukazuje, jak wielką rolę w
przemianach obyczajowych odgrywa bunt i walka o samego siebie. Kolejną ważną
społecznie kwestią ukazaną w filmie jest różnica pokoleń i wynikające z niej
odmienne spojrzenie na świat.
Przyznam Wam
się, że prawie zawsze przerażali mnie bohaterowie, w których wcielał się Forest
Whitaker. Tymczasem postać odgrywana przez niego w Kamerdynerze emanuje tak wielką ilością ciepła, że momentami aż
chce się go przytulić! Przez ekran przewija się cała fala znakomitych aktorów,
w tym John Cusack, Jane Fonda, Terrence Howard, Lenny Kravitz, Robin Williams,
Alan Rickman. Na największą uwagę zasługuje jednak pierwszoplanowa rola Foresta
Whitakera oraz wcielającej się w rolę jego żony Oprah Winfrey. Film prezentuje
bardzo dokładny portret psychologiczny głównego bohatera. Widzowie mają szansę
zobaczyć, jak trudne może okazać się życie w zupełnie innych czasach. Postać
Cecila jest doskonałym przykładem na to, że znacznie łatwiej dostosować się do
panujących warunków (mimo, że są one tragicznie ciężkie), niż spróbować się odnaleźć
w zupełnie nowym świecie. Właśnie w tym tkwi pies pogrzebany i właśnie ta
kwestia jest główną przyczyną rodzinnego konfliktu między Cecilem a jego
synem-buntownikiem, który nie godzi się na swój los i za wszelką cenę chce
zmienić świat. Jakże poruszająca jest jedna ze scen finałowych, kiedy Cecil w
końcu wyznaje swemu synowi, co leży mu na sercu. To niezwykłe, że obydwaj
dożywają chwili, kiedy prezydentem USA zostaje przedstawiciel ich rasy.
Jeśli
podobały Wam się Służące i jeśli
chcecie zobaczyć na ekranie kawał niezłej historii, ruszajcie do kin. Ode mnie
8/10.
Filmów o prześladowaniu czarnych powstało już wiele, szkoda tylko że filmowcy nie biorą się za pokazywanie drugiej strony - kiedy to biali stają się ofiarami czarnych.
OdpowiedzUsuńSłużące były średnie, ale Pokusa i Hej Skarbie jak najbardziej zachęcają mnie, aby sięgnąć po kolejny film Lee Danielsa. Od dawna chcę zobaczyć Kamerdynera i cieszy mnie Twoja dobra recenzja:) sięgnę po niego na pewno, ale raczej już w styczniu. Pozdrawiam!
OdpowiedzUsuńLee Daniels choć zniesmaczył i przeraził mnie "Hej, Skarbie" i zaintrygował "Pokusą" już samym doborem aktorów mnie kupił. Widziałam dziś w kinie zwiastun i absolutnie muszę obejrzeć. To ciekawe czasy, aż dziw bierze że jeszcze na początku lat 80. po amerykańskich miastach chodziły parady Ku-Klux-Klanu. Wydawać by się mogło, że znosząc niewolnictwo, czarni wygrali. A tak naprawdę ich walka dopiero się zaczęła...
OdpowiedzUsuńZastanawiałam się czy go zobaczyć, ale teraz już jestem w 100% pewna,że w czasie świątecznej przerwy zagości na moim skromnym ekranie :)
OdpowiedzUsuń