środa, 3 kwietnia 2013

O praniu mózgu – Mistrz (reż. Paul Thomas Anderson, 2012)



Paula Thomasa Andersona nie trzeba nikomu przedstawiać. To jeden z najbardziej utytułowanych i znanych reżyserów współczesnego kina. O tym, jak bardzo jest utalentowany świadczą absolutnie znakomite i obsypane wieloma nagrodami hity, takie jak choćby: Boogie Nights, Magnolia czy Aż poleje się krew. To między innymi dlatego Mistrz był jedną z najbardziej oczekiwanych premier minionego roku. Widzów ciekawiła też fabuła, bo przecież jak przyznał sam reżyser, postać głównego bohatera jego najnowszego filmu była inspirowana osobą L. Rona Hubbarda, założyciela ruchu scjentologów. Zbiegło się to w czasie ze słynnym rozwodem Toma Cruise’a i Katie Holmes, co tylko napędziło machinę reklamy i marketingu. Po kilku ostatnich rozczarowujących seansach byłem przekonany, że Mistrz zaspokoi mój filmowy apetyt. Niestety, nie udało się. Bo choć jest to film dobry i wyjątkowy, to całkiem sporo brakuje mu do poprzednich filmów Andersona.  

Freddie (Joaquin Phoenix), weteran II wojny światowej, wciąż żyje wspomnieniami i nie potrafi wieść normalnego życia. Kiedy na jego życiowej drodze pojawia się charyzmatyczny Lancaster Dodds (Philip Seymour Hoffman), zaczyna on inaczej postrzegać otaczający go świat. Z dnia na dzień między mężczyznami powstaje nie do końca zdefiniowana relacja. Freddie zostaje najwierniejszym uczniem i pomocnikiem wizjonera Doddsa.

Ostatnio narzekałem, że wciąż trafiam na mało ambitne filmy. Tym razem z kolei przyszło mi się zmierzyć z filmem tak ambitnym, że właściwie ciężko mi cokolwiek powiedzieć po pierwszym seansie. Mistrz okazał się bowiem dla mnie filmem na tyle trudnym, że niestety nie dane było mi go do końca zrozumieć. Dlatego też nie wiem, co właściwie chciał przekazać widzowi reżyser. Bo bez wątpienia nie chodziło mu wyłącznie o ukazanie odcinka czasu z życia dwóch mężczyzn o ciekawych osobowościach. Z pewnością w filmie kryje się wiele przesłań i przy kolejnym seansie postaram się do nich dotrzeć. Pytanie tylko, czy celem reżysera było na pewno stworzenie aż tak intelektualnie trudnego dzieła? Bo choć Mistrz jest filmem przez duże F, to niestety z opinii widzów na portalach filmowych wynika, że właściwie do końca seansu nigdy nie udało się wytrwać wszystkim. Inna sprawa, że nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że do kina nie chodzi się wyłącznie po proste odpowiedzi i czasem trzeba trochę pomyśleć…

Film okazał się dla mnie za długi i najzwyczajniej w świecie mnie zmęczył. Niektóre jego partie były tak szalenie nudne, że niewiele brakowało, abym zasnął. I pewnie doszłoby do takiej sytuacji, gdyby nie główni aktorzy. Phoenix i Hoffman (z przewagą na tego pierwszego) zagrali oscarowo! Tak bardzo wcielili się oni w role odgrywanych przez siebie postaci, że podczas oglądania zdaje się, jakby nimi naprawdę byli. Mnie najbardziej podobała się mistrzowska scena sesji/przesłuchania na statku. Mimika twarzy Phoenixa to absolutny majstersztyk, kto nie zwrócił uwagi, niech przy następnej okazji to zrobi. Bardzo dobrze poradziła sobie też Amy Adams grająca rolę żony Lancastera. Byłem w niemałym szoku, kiedy przeczytałem, że pod uwagę do tej roli była brana Jennifer Lawrence. Choć ją uwielbiam, w ogóle nie wyobrażam sobie jej w tym filmie.

Mistrz porusza wiele tematów. Postać Phoenixa jest jedną z najbardziej intrygujących postaci filmowych minionego roku. Nie radzi sobie z codziennością, szuka zapomnienia w alkoholu i seksie, nade wszystko pragnie poznać odpowiedź na wszystkie dręczące go pytania. Choć osobowościowo zdaje się być bardzo mocny, jest tak naprawdę wrakiem człowieka. I właśnie wszystkie jego słabości zostają wykorzystane przez Doddsa, który twierdzi, że „(…) zna zagadkę istnienia”. Wielka szkoda, że nie pokazali nam trochę więcej z życia samego wizjonera, bo jego motywy pozostają niejasne. I właśnie to tak bardzo mnie irytuje – jest to na tyle interesująca opowieść, że chciałbym wiedzieć, co kieruje głównymi bohaterami. Niestety, Anderson bardzo mnie w tej kwestii zawiódł. Mistrza mogę porównać do Lincolna – poza znakomitym aktorstwem i pojedynczymi scenami-perełkami, po prostu wiało nudą. A komu chce się nudzić przez dwie i pół godziny i jeszcze za to płacić?

Podsumowując, Mistrz to film nietuzinkowy. Właśnie przez to jedni tak bardzo go krytykują, a inni wychwalają pod niebiosa. W swoim życiu widziałem już wiele bardzo trudnych filmów, ale ten jeden okazuje się być na ich tle wyjątkowy. Czy mogę go polecić? Owszem, choćby dla znakomitego aktorstwa i tych kilku świetnych scen. Ale jeśli zdecydujecie się na seans, bądźcie czujni i uważni. W przeciwnym wypadku traficie do tej niechlubnej grupy osób, którzy krytykują, bo nie rozumieją.

5 komentarzy:

  1. Czytałem wiele bardzo rzetelnych recenzji Mistrza, które wcale przychylne nie były. Ale nie powiedziałbym, że ich autorzy filmu nie zrozumieli. Mistrz to taki rodzaj filmu, który zwyczajnie wszystkim do gustu nie przypadnie, nawet fani Andersona przedstawiali skrajne opinie. Mnie osobiście film urzekł i dla mnie to najlepszy obraz 2012 roku. Choć i tak mam pewne zastrzeżenia, o których pisałem kiedyś w swojej recenzji. Nie zmienia to jednak faktu, że to wielkie kino, znakomicie zagrane i wspaniale zrealizowane.

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Hmmm no to trochę do porozmyślania jest. Rzeczywiście uważasz, że krytykują tylko Ci, co nie rozumumieją - ergo skoro to niechlubna grupa lepiej udawać, że się zrozumiało? eeeee tam :-) Trudno mi stwierdzić jednoznacznie, że Mistrza zrozumiałem bądź nie - są sceny, które pozostają dla mnie zagadką (ściana - okno), ale je w pewnym stopniu odczuwam. I to właśnie mogę powiedzieć o całym filmie - że on bardziej dla mnie był do odczuwania niż do rozumienia, bo odwołuje się (again in my opinion) do uczuć, emecji, a nie do logicznego pojmowania (swoją drogą, czy nie tak właśnie działają sekty i wszelkiej maści guru?).Nie czytałem jeszcze wywiadów z reżysrem zbyt wiele (bodajże 1 - i nie mówił tam nic o przesłaniu filmu) - może więc idealną sytuacją jest, że to widz dopasowuje sobie interpretację obrazu pod swoje oczekiwania, wyobrażenia? Choć nie zawsze jest to dobre rozwiązanie - w większości jednak budzące dyskusje - co chyba jest dla twórcy dobrą sprawą.

    Mi pasuje, że akcja nie skupia się aż tak bardzo na osobie Lancastera a więcej uwagi poświęca Freddiemu. Mnie obraz pochłonął całkowicie, nie odczułem więc żeby były tu sceny lepszy, nie czułem się też znudzony w trakcie seansu - jak dla mnie rewelacja!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, nie, nie do końca mnie zrozumiałeś, ale przyznaję też, że sam nie wyraziłem się zbyt jasno. Pisząc o niechlubnej grupie krytykujących miałem na myśli tych, którzy przekreślają film po 10 minutach seansu tylko i wyłącznie dlatego, że nie potrafią zrozumieć, co reżyser lub scenarzysta mieli na myśli. A następnie oceniają, że film był nudny, beznadziejny i w ogóle strata czasu. Absolutnie nie wpycham tych ludzi do jednego worka z innymi recenzującymi, którzy też krytykują, bo gdyby tak było, sam bym się do owej grupy zaliczał.
      Co do scen-zagadek, to właśnie wspomniana przez Ciebie najbardziej utkwiła mi w pamięci. Zastanawia mnie też, czy Anderson nie zastosował takich zabiegów celowo - w końcu te sceny w jakiś sposób robią nam sieczkę z mózgu, tak jak tytułowy "Mistrz". Chociaż jak dla mnie, motyw sekty został znacznie lepiej przedstawiony w "Marta, Marcy, May, Marlene". Kwestia gustu oczywiście :)

      Tak jak napisałem w notce, "Mistrz" jest filmem wyjątkowym i nietuzinkowym. A jako, że lubię odkrywać filmy na nowo (szczególnie te, z których zrozumieniem miałem problemy), na pewno do niego wrócę.

      Usuń
    2. a to tak - również się zgadzam :-) z tymi scenami warto postudiować temat, pewnie jak wyjdzie film na BD / DVD z komentarzem reżysera sięgnę - może czegoś się dowiem. Ech a ja tak bardzo nie mogę przekonać się do wspomnianiem "Marta,Marcy..." kiedyś już miałem na liście, wykreśliłem, znów przywróciłem no i aktualnie tytuł jest poza :-) jakoś tak jednak trailer mnie zniechęcił ostatnio :-) ale kto wie :-)

      Usuń